Przyznam, że miałem tylko jedno awaryjne hamowanie motocyklem w życiu.
Opis, który przytoczyłem, dotyczył właśnie takiej sytuacji.
Nie podważam innych opinii, bo co motocylkista, to inne doświadczenie. Co ja mogę więcej napisać po jednym przypadku. A z tym kładzeniem motocykla, to na pewno warto dołączyć do opcji - "wyjście awaryjne".
Dobra, chyba muszę rozwinąć trochę mój wątek...
Jak wiadomo, w latach 80-tych jeżdziło się bez używania świateł w dzień. Jeśli nawet włączyło się świattła, to przechodnie pokazywali ci palcami, że zapomniałeś wyłączyć świateł. Światła mijania w dzień były zarezerwowane dla pojazdów uprzywilejowanych(w akcji).
Moja sytuacja hamowania awaryjnego trwała zaledwie kilka sekund.
Była piękna, letnia pogoda. Jechałem w bezpiecznej odległości za Fiatem 125p. Nie było sensu wyprzedzać auta, bo za chwilę i tak był przejazd kolejowy.
Nie był to jeszcze teren zabudowany, ale przed przejazdem, był jeszcze przystanek autobusowy.
Gdy tylko Fiat minął przystanek, nagle przede mną pojawiła się postać na drodze. Spokojnie przechodziła w poprzek drogi.
Oczywiście moja reakcja była natychmiastowa. Nacisnąłem hamulce do oporu. Przedniej lampie wtedy pewnie niewiele brakowało do zetknięcia się z błotnikiem.
Jednak na chwilę musiałem popuścić hamulce, bo w asfalt były jeszcze wpuszczone tory kolejowe wiodące do pobliskiego tartaku. Żeby było "ciekawiej", szły pod skosem.
Właśnie ten odcinek zadecydował o tym, że póżniej wjechałem w tę postać.
Na szczęście, uderzenie było bardzo delikatne.
Osoba, która przechodziła przez drogę, była w podeszłym wieku. Była głucha i nie słyszała klaksonu. Oczywiście nie słyszała, też tego, co do niej póżniej mówiłem.
W końcowej fazie hamowania, a własciwie moment uderzenia w człowieka wyglądał tak, że ta kobieta zauważyła mnie w ostatniej sekundzie. Jej odruch był taki, że złapała się mojej kierownicy.
Nie wiem ile mi brakło. Pewnie około metra, by zatrzymać się przed nią. Niestety, babka nie utrzymała się do końca na nogach. Po prostu puknąłem ją i osunęła się na tyłek.
Pod ręką miała grabie, szła pewnie przegrabiać siano na łąkę.
Pamiętam tylko, jej słowa... chwała Bogu, dzięki Bogu itd. Powtarzała jak mantrę. Nic nie trafiało do niej.
Dziś ludzie z przystanku, pewnie by mnie szybko zakapowali na policję. Bez mandatu by się nie obyło.
Być może dziś, wykonałbym manewr omijania (przeszkody), ale i tak nie ma gwarancji, czy "przeszkoda" by się nie cofnęła, przypuszczalnie zauważając mnie wcześniej. A czas leci... maszyna "sunie".
Od tej pory zacząłem wyznawać zasadę... "spodziewać się niespodziewanego".
Myślałem, że te kilka sekund zamknie się w dwóch słowach...
Ps.
Proszę podzielić i przenieść do innego działu, jeśli post nie w tym temacie.